Przyznaję szczerze, że do szarlotek mam bardzo ambiwalentny stosunek. Z jednej strony uwielbiam je piec, hojnie przyprawiać cynamonem i ziołami, a z drugiej, kiedy przychodzi mi wybrać ciasto w kawiarni, szarlotki omijam szerokim łukiem. Nie wiem, czemu się tak dzieje, choć mam podejrzenie, że jest to związane z pewnym sentymentem, jaki mam do tego ciasta; kiedy byłam dzieckiem i co weekend jeździliśmy z rodzicami na wieś, tam babcia moich koleżanek, pani Krysia, prawie zawsze przygotowywała szarlotkę. Spośród wszystkich niedzielnych wypieków ten lubiłam najbardziej. Zawsze idealnie słodka, z toną jabłek prosto z papierówki rosnącej w ogrodzie, ze świeżym cynamonem. Mam wrażenie, że wtedy zjadłam tyle kawałków placka z jabłkami, że wrażeń starczyło mi aż po dziś dzień. Poza tym ostatnimi czasy stałam się bardzo wybredna, więc każde ciasto, które nawet nie byłoby w połowie tak dobre, jak wypiek pani Krysi, nie zasługuje na moją uwagę. Więc szarlotki piekę tylko wtedy, gdy muszę, albo kiedy przyniesione ze sklepu papierówki proszą o zjedzenie w trybie natychmiastowym.
Dzisiejsze ciasto przyprawiłam dodatkowo rozmarynem, który ostatnio znów zawrócił mi w głowie. Dodawałam go już do lodów wiśniowych, a w kolejce czeka także focaccia z tym ziołem i kilka słodkich wypieków. Akurat do tej szarlotki rozmaryn pasuje idealnie, podkreśla kwaśność jabłek i nadaje pięknego, jesiennego aromatu. Łasuchy niech robią od razu z podwójnych proporcji, a reszta niech spróbuje choć kawałka tego wypieku.





