PRZENOSINY

Zapraszam na mojego nowego bloga http://klaudiaosiak.pl oraz na newsletter!

środa, 13 stycznia 2016

Docenianie

Nie wiem, od czego się zaczęło. Może od tego, że dużo czytam. A może od tego, że szybko się nudzę i obsesyjnie porządkuję przestrzeń, pozbywając się rzeczy. Istnieje też szansa, że wszystko zaczęło się wtedy, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że jestem introwertykiem. A może jednak chodziło o moment, w którym doszłam do wniosku, że życie jest po to, by je sobie utrudniać?



Niezależnie od tego, jaki moment przyjęłabym za początek (choć po dłuższym namyśle jednak sądzę, że ma to dużo wspólnego z książkami), w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, dlaczego jestem taka durna. Dlaczego, mimo że mam wokół siebie cudownych ludzi, tulaste koty, mieszkam w najpiękniejszym mieście w Polsce, a w piwnicy mam zapas dżemów od babci na parę lat, wciąż czuję niedosyt. Kalendarz nie jest zapełniony po brzegi, moje zdjęcia wciąż nie są idealne (a wiele instagramowiczek przecież takie robi!), koleżanka po fachu dostała moje zlecenie, a pod blokiem nie stoi zaparkowany biały rower (oczywiście, mój!).

Kompletnie nie chodziło mi wtedy o potrzeby materialne – raczej o poczucie, że moje życie nie jest wyjątkowe, bo nie mam się czym chwalić. Bo żeby się chwalić, potrzebne są czynniki (od razu dodam, że dla introwertyka, który nie ma przedmiotów, jest to zadanie bardzo trudne). Sami rozumiecie, że tosty w kształcie serc prezentują się o wiele lepiej, niż te przypalone i polane keczupem dla niepoznaki?

Początkowo, kiedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, o co mi dokładnie chodzi, myślałam nad tym, by wraz z nadejściem stycznia zacząć projekt Mniej, inspirowany książką Marty Sapały. Wiązałoby się to z rezygnacją z zakupów, które nie są koniecznością, ograniczeniem wyjść i prawdopodobnie zachorowaniem na depresję (choć pewnie A. dosięgłoby to szybciej). Jednak po paru dniach zrozumiałam, że to ograniczenie nie jest dla mnie – nigdy nie kupuję niczego kompulsywnie, bo za bardzo lubię wiedzieć co i ile czego mam. A ponieważ jestem praktyczna i pragmatyczna do bólu, każda rzecz, której zakup w ogóle rozmyślam, jest starannie dobrana i służy mi tak długo, aż nie zacznie się rozpadać w rękach. Takie postanowienie sprawiłoby jedynie, że zaczęłabym źle czuć się z tym, że posiadam cokolwiek, choć wcale nie mam dużo (bo przecież gdybym miała, to bym się chwaliła).

Koleje objawienie przyszło do mnie wtedy, gdy zdałam sobie sprawę z prostych mechanizmów: lubię pewne rzeczy, bo kojarzą mi się ze zdarzeniami. Im więcej pozytywnych skojarzeń mam związanych z czymś (obojętnie, czy są to pięć razy cerowane skarpetki, czy oczojebna pocztówka z drugiego końca świata), tym jestem szczęśliwsza. Co za tym idzie, to nie przedmioty dają mi szczęście, a momenty. Wschody słońca, które oglądałam zza szyby samochodu, ciepła herbata z sokiem w mroźny wieczór, najtańszy pierścionek z allegro, który zmieniał kolor (ot, taki młodzieńczy pierścionek zaręczynowy), poduszka z namalowanym kotem, na której przespałam prawie wszystkie noce swojego życia. Chociaż pierścionka już nie mam, a sok malinowy też dawno wypiłam, nie brak mi tych przedmiotów, bo wciąż mam ciepłe wspomnienia. I to jest ważne. Nie przedmioty piękne, modne czy stylowe. Nie przedmioty w ogóle. Istotą jest to, żeby łapać chwile, zapamiętywać je, cieszyć się nimi lub wyciągać wnioski. O Instagramie niedługo wszyscy zapomną, toster się popsuje, a biały rower ktoś może ukraść.

Dzielenie się pięknymi chwilami jest wspaniałe, jednak nie jest koniecznością. To ja muszę czuć się dobrze z przestrzenią, którą tworzę (niezależnie od tego, czy jest to przestrzeń rzeczywista czy wirtualna), a nie kreować swój wizerunek na potrzeby lajków i serduszek. Czasem mam ochotę pokazać światu, jak jestem szczęśliwa, a innym razem potrzebuję pobyć sama. Nie mogę wiecznie oglądać się na innych, bo zapominam wtedy o sobie. A kto jak kto, ale ja dla siebie muszę być najważniejsza. Dlatego otwieram oczy jeszcze szerzej i chłonę: piękną pogodę, zapachy dochodzące z kuchni, trzeszczący parkiet pod stopami i ciepło za dużego swetra. Mogłabym się podzielić z Wami wieloma takimi niuansami, jednak nie widzę takiej potrzeby. Przecież życie jest po to, żeby je sobie utrudniać. I jeśli tylko zrobicie to umiejętnie, zauważycie, jak wielkie szczęście macie wokół siebie i jak wiele jesteście w stanie dać innym.

Uwagi:
1. Hasło, które widzicie na zdjęciu, to wizytówka polskiej marki odzieżowej Tyszert.

9 komentarzy:

  1. Cudne zdjecie i madry wpis!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawda totalna, łapmy niuanse, niektóre się rozpadną, zanim zdążymy się podzielić. Miejmy czasem dla siebie. Każdy powinien.
    Na złość :) wysyłam Ci lajka i serduszko. I zazdroszczę zapasu dżemów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za lajka i serduszko dziękuję, a dżemem się chętnie podzielę. Domowe wino też mam!

      Usuń
  3. lubię takie mądre i przemyślane wpisy, którą wielu ludziom potrafią uświadomić to co jest istotne w życiu :) prawda, szczerość - to jest ważne. :)
    kartka jest świetna, od razu zapiszę sobie te słowa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzeba umieć się cieszyć tym, co mamy. Małe szanse, że życie będzie idealne; dokładnie takie, jak sobie wymarzyliśmy. Ale to nie znaczy, że nie ma w nich idealnych momentów, które warto zbierać niczym bursztyny na plaży :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak. Pięknie podsumowane. :)

      Usuń
  5. Trzeba umieć się cieszyć tym, co mamy. Małe szanse, że życie będzie idealne; dokładnie takie, jak sobie wymarzyliśmy. Ale to nie znaczy, że nie ma w nich idealnych momentów, które warto zbierać niczym bursztyny na plaży :)

    OdpowiedzUsuń