PRZENOSINY

Zapraszam na mojego nowego bloga http://klaudiaosiak.pl oraz na newsletter!

niedziela, 11 października 2015

Weganizm na studencką kieszeń

Kiedy ponad rok temu szykowałam się do wyprowadzki z domu, kompletnie nie byłam przygotowana na samodzielne życie. Miałam odłożone pieniądze, które zamiast rozdysponować spokojnie i powoli, wydałam prawie naraz: kupiłam ręczniki (bo zapomniałam ich z domu), dywanik do łazienki, tonę mniej lub bardziej potrzebnych sprzętów domowych. Cieszyłam się pierwszymi dniami w nowym mieście, a z konta znikały kolejne sumy. Nim się spostrzegłam, nadszedł październik, a ja, całkowicie do niego nieprzygotowana, nie wiedziałam, na co wydać ostatnie pieniądze, by nie umrzeć z głodu! W lodówce świeciło pustkami, szafki pachniały czystością i czekały na zagospodarowanie, jedynie słoiki przygotowane przez mamę ratowały mnie z opresji. W ten sposób parę razy zdarzyło mi się jeść ryż z keczupem i ogórkiem kiszonym na obiad, co do najprzyjemniejszych wspomnień nie należy.




Od paru miesięcy razem z A. rzetelnie spisujemy nasz budżet. Choć ręka drży przy wpisywaniu niektórych kwot, to muszę przyznać, że jedzenie nie sprawia nam finansowych problemów. Średnio jest to 180 zł tygodniowo, choć zdarzają się też takie, kiedy wydajemy 130 zł, a lodówka jest pełna jedzenia. Wszystko to zależy od naszej organizacji – od czasu do czasu przeglądamy gazetki reklamowe, by nie przegapić promocji na sypkie produkty, a warzywa i owoce staramy się kupować od rolników na rynku. Aby było jasne – nie odmawiamy sobie niczego. Od czasu do czasu A. sięga po wino lub piwo, ja łapię za chałwę albo czipsy. Wszystko z rozsądkiem, bo przecież nie warto ograniczać się na siłę.


Co jeść?

Przyjęło się, że zmiana diety z tradycyjnej na roślinną wymaga sporego nakładu finansowego. Mleko sojowe czy ryżowe jest o wiele droższe niż krowie, tak samo wygląda sytuacja z wegańskimi odpowiednikami mięsa. Jednak zdrowa i mało przetworzona żywność to najtańsze produkty dostępne na rynku, a w dodatku są to rzeczy wegańskie. Dieta roślinna wcale nie musi być droga. Produkty sezonowe i nieprzetworzone są tak naprawdę tanim i wydajnym źródłem energii. Jesienią stawiam na dynie, jabłka, gruszki, śliwki, ziemniaki, wszelkie warzywa korzeniowe i ostatnie pomidory. Kuchenne szafki uzupełniam kaszą (jaglaną, gryczaną i pęczak), mąką, płatkami owsianymi, makaronami i ryżem. Nie może także zabraknąć aromatycznych przypraw – cynamon, papryka ostra, słodka i wędzona, kardamon czy gałka muszkatołowa muszą być na stanie. Sporadycznie sięgam po superfoods (jak komosa ryżowa, jagody goji czy młody jęczmień), ponieważ są to produkty stosunkowo drogie. Zamiast kupować jeden wypasiony składnik, wolę zjeść coś na mieście. Do niezbędnego minimum ograniczam także produkty dostępne jedynie w wybranych sklepach (jak wegańskie batoniki, tempeh, tofu czy nowości pojawiające się na rynku). 

Aby jedzenie wegańskie (tak samo, jak każde inne) było tanie, musi być przygotowywane w domu. Na to nie ma rady i trzeba się z tym pogodzić. Choć wegańskich restauracji, a także tych, które mają bezmięsne opcje, jest coraz więcej, to jednak za jedną porcję obiadową trzeba zapłacić więcej, niż za to samo danie przygotowane w domu, w wersji dla dwóch osób. 

Nie oznacza to jednak, że każdego dnia trzeba stać parę godzin w kuchni. Co to, to nie! Kiedy mam dużo zajęć i wiem, że wrócę do domu głodna i zmęczona, dzień wcześniej gotuję podwójną porcję obiadu, tak, by móc ją sobie odgrzać dnia następnego. Pastę kanapkową robię raz na tydzień, pakuję ją do dużego słoja i korzystam wtedy, kiedy chcę zabrać jedzenie na wynos. Jest w tym sporo logistyki, jednak po kilku tygodniach organizacja czasu przychodzi coraz łatwiej (a poza tym, szykuję parę ultra prostych przepisów na potrawy, które nadają się do zabrania na uczelnię!). 

Oprócz warzyw, ważną częścią mojego menu są także zboża i ich przetwory. Ponieważ ich data ważności jest bardzo długa, kupuję je w dużych paczkach (co w rzeczywistości obniża także ich cenę). Śniadanie rozpoczynam od owsianki, na uczelnię zabieram ze sobą kanapkę, na obiad serwuję makaron lub kaszę. Wszystkie te produkty są bardzo tanie (zaczynając od mąki, kończąc na wszelakich płatkach i pieczywie) i sycą na wiele godzin. Dzięki temu nie mam potrzeby ciągłego podjadania lub zaglądania do lodówki.

Oczywiście, są także produkty przetworzone, które są wegańskie, a ich cena nie przeraża. Mowa tu o niektórych zupkach chińskich, czipsach, sosach do makaronu, ciastkach, płatkach śniadaniowych, kopytkach i innych kotletach sojowych. W zależności od Waszych mocy przerobowych (a właściwie to od pojemności żołądków) produkty te mogą starczyć na kilka posiłków, co jest opłacalne, jeśli nie przeszkadzają Wam polepszacze w składzie. Warto także przestudiować gazetki reklamowe sklepów w Waszej okolicy, by wiedzieć, co aktualnie jest w promocji i gdzie warto się zaopatrywać.

Jak  kupować?

Jeśli chodzi o robienie zakupów, to jest na to parę patentów. Przede wszystkim sugerowałabym, by nie ograniczać się do jednego sklepu. Choć w wielkich marketach można dostać wszystko, to ja o wiele chętniej chodzę do dwóch sklepów pod domem, gdzie w specjalnych koszykach przy kasie leżą owoce i warzywa, które mają obniżoną cenę, bo coś jest nie tak z ich wyglądem (np. banany mają czarne kropki, co wcale nie jest dla nich ujmą, a jedynie oznacza, że są dojrzałe!). Produkty, którym kończy się data ważności także są przeceniane (i tutaj kolejna uwaga: to, że dany produkt jest jeden dzień po terminie nie oznacza, że jest popsuty!). 

Do sieciowych sklepów warto za to wpadać wieczorem, bo wtedy często świeże produkty są przecenione. Podobnie sprawa ma się na rynkach – tam warto zaglądać w okolicach godziny 13 i 14, kiedy sprzedawcy chcą już wracać do domu, a zostało im odrobinę towaru. Ceny wtedy znacznie spadają. Można także umówić się ze znajomym sklepikarzem na godzinę odbioru towarów, które mu nie zeszły, oczywiście po niższej cenie.

Istotnym aspektem, o który warto zahaczyć, jest także wygląd jedzenia. Wspomniane już przeze mnie dojrzałe banany, a także małe jabłka czy przerośnięte marchewki będą tańsze, niż ich standardowe odpowiedniki. Wiąże się to z naszymi (konsumenckimi) upodobaniami do idealnych kształtów i proporcji. Smakiem i aromatem takie jedzenie nie odbiega od ogólnie przyjętych norm, jednak ich cena zazwyczaj jest nawet o parę złotych niższa.

Najważniejszym i najlepszym sposobem na zaoszczędzenie pieniędzy jest kupowanie takich ilości pożywienia, które rzeczywiście jest się w stanie zjeść. Nie ma gorszego rodzaju marnowania surowców i pieniędzy niż wyrzucanie produktów, które się kupiło w szale zakupowym. O ile wszelkie sypkie produkty polecam kupować w dużych paczkach, tak niekoniecznie zalecam tę zasadę przy zaopatrywaniu się w świeże produkty. Tutaj przydaje się umiar, zdrowy rozsądek i lista zakupów.

Co jeszcze?

Latem warto uśmiechnąć się do mamy lub babci (albo obrotnego taty!) i poprosić o zrobienie przetworów. Nie zliczę sytuacji, w których tost z babcinym dżemem lub herbata z syropem z pigwy ogrzewała mnie w zimowe wieczory. Oprócz tego kiszone ogórki, mus z jabłek i sok z winogron to moje typy. Nie wierz stereotypom i nie bój się zostać słoikiem!

Jeszcze jakiś czas temu napisałabym, że do hardkorowych rozwiązań należy freeganizm, jednak dzisiaj uważam, że jest to rozsądne i uzasadnione podejście do życia, a nie tylko sposób na zaoszczędzenie pieniędzy. Na Facebooku są grupy poświęcone tej tematyce i do nich Was odsyłam. Analizując zachowania swoje i najbliższych zauważyłam, że przynoszenie rzeczy ze śmietnika wcale nie jest tak szokujące: moja mama już kilkanaście lat temu przynosiła do domu kwiatki spod kontenera, nasze koty mają miskę znalezioną właśnie na śmietniku, a ostatnio któryś z sąsiadów zostawił pod bramką serki wiejskie z karteczką „po terminie, ale do zjedzenia”. 

Tym, którzy dotrwali do końca tego tasiemca, gratuluję. Mam nadzieję, że choć trochę pomogłam w trudnych, październikowych chwilach. Jeśli macie swoje sprawdzone patenty na oszczędzanie – proszę, piszcie o nich w komentarzach. Wielu osobom czytającym tego bloga przydadzą się wszelkie inspiracje (mnie także).

12 komentarzy:

  1. Wspólne gotowanie :). Moje współlokatorki są mięsożerne, ale czasem spożywają bezmięsne i beznabiałowe potrawy. Mrożenie - co zostanie, to zamrozić. Grupowe kupowanie w hurtowniach orzechów, nasion i suszonych owoców - przy większych ilościach są zniżki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Ten ostatni podpunkt mi się bardzo podoba! Aż dziwne, że o tym zapomniałam, bo sama korzystam z tych ogromnych pak. Dzięki za uzupełnienie! :)

      Usuń
  2. hmmm... ja np. przecierając krem z pomidorów czy domowy sos barbecue, pozostałą "papkę" warzywną zużywam robiąc domowy paprykarz :) A warzywa z wege rosołku mogą pięknie posłużyć za podstawę pasztetu z soczewicy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie! Przerabianie i utylizacja! Nie tylko pomidorowa papka, ale także ta z domowego mleka roślinnego czy resztki z sokowirówki nadają się do robienia słodkich trufli albo kotletów i pasztetów. Wszystko da się zjeść! ;)

      Usuń
  3. Dobre rady. Z bananami to święta prawda. Coś polecasz jako dania na wynos?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio mam fazę na kasze z warzywami i pestkami. Da się tego zrobić dużo i tanio, a przy okazji wygląda tak, że siedzącym obok znajomym ślina leci po twarzy. Oprócz tego testowałam też szejki i resztki z obiadów. Niedługo pojawią się proste przepisy na szybkie dania na wynos, już nad nimi pracuję! :)

      Usuń
  4. Zgadzamy się ze wszystkim :) Racjonalne myślenie podczas zakupów, organizacja czasu podczas przygotowania posiłków (np. dziś zrobiłyśmy leczo z cieciorką na 2-3 dni) oraz polowanie na przeceny daje świetny efekt :) A co do produktów po terminie to owszem nie wszystkie są do wyrzucenia. Często kupujemy pewne produkty bardzo dobre ale za śmieszne pieniądze :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny post, zyskałaś nową czytelniczkę :D
    Gdzieś wyczytałam, że warto chodzić do znajomych i rodziny na obiadki zawsze kilkanaście złoty w kieszeni, a kontakty są po to żeby je pielęgnować! :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Smoku i zapraszam jak najczęściej!
      Co do obiadków, to tę opcję także testowałam i zdecydowanie polecam, abstrahując od oszczędzania, jedzenie wśród bliskich jest po prostu najsmaczniejsze. ;)

      Usuń
  6. "ryż z ketchupem i ogórkiem kiszonym do najprzyjemniejszych wspomnień nie należy" ? Jejku! Ja tak jem z kilka razy w tygodniu, a mogłabym codziennie bo dla mnie pycha! ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, może faktycznie nie jest to najgorsza rzecz na świecie, jednak kiedy opowiedziałam to mojemu tacie w zeszłoroczne święta, stałam się pośmiewiskiem podczas Wigilii. Chyba stąd mój sceptycyzm. ;-)

      Usuń