PRZENOSINY

Zapraszam na mojego nowego bloga http://klaudiaosiak.pl oraz na newsletter!

czwartek, 13 listopada 2014

Dieta diecie nierówna, czyli wyścig donikąd


Mam wrażenie, że temat diet i zdrowego trybu życia został już doszczętnie wyczerpany. A właściwie takie wrażenie miałam, dopóki nie zobaczyłam dziś w sklepie magazynu z widocznym hasłem: "Schudnij bez diety 5 kg" i krew mnie zalała. Skoro są kobiety gotowe zapłacić za głupoty, to znaczy, że wciąż jest wiele osób, które nie rozumieją na czym polega zdrowy lifestyle. Postanowiłam poruszyć ten temat na łamach bloga, bo wiem, że czytają mnie różni ludzie i moje doświadczenia (a uwierzcie, zrzucanie zbędnych kilogramów to od kilku lat najbardziej interesujący mnie temat) mogą się komuś przydać.

Jak to było ze mną?
Dawno temu przyszła do nas do domu daleka krewna, nie pamiętam w jakim celu. Powiedziała mi wtedy: „Nawet o tym nie wiesz, ale kiedyś schudniesz. Zrobisz to, nawet jeśli będziesz musiała się głodzić”. Postukałam się wtedy w czoło i wyszłam. Oczywiście, byłam otyła, ale nie przychodziło mi do głowy, że mogłabym zrobić coś takiego. Po kilku latach, w ostatniej klasie podstawówki, kilka razy próbowałam wytrzymać na głodówce – najdłużej udało mi się nie jeść 4 dni, po których od razu zjadłam 500 g czekoladowych płatków z litrem mleka. To był jeden posiłek, a po chwili były gotowe także pizza, makaron, kanapka... To doświadczenie nauczyło mnie jednego – głodzenie się nie ma sensu. Tak samo jak diety niskokaloryczne typu 1000 kcal czy 1500 kcal. Spadek wagi będzie chwilowy, ale potrzeba jedzenia po okresie odchudzania będzie tak silna, że kilogramy wrócą z nawiązką. Ta prognoza zawsze się sprawdza, bez różnicy czy spożywane wcześniej kalorie będą pochodziły z magicznych odchudzających zupek w proszku czy batoników light.


Później, w gimnazjum, zaczęłam odchudzać się na poważnie. I faktycznie, udało mi się schudnąć dużo, przestałam być otyła, zostało mi kilka kilogramów nadwagi (zrzuciłam około 25 kg). Jak do tego doszłam? Drogą, którą wybiera dużo osób – zaczęłam zdrowo żyć. Wiecie, jogurty na śniadanie, jabłko do szkoły, warzywa na parze na obiad i jakieś skromne kolacje. Łącznie na pewno nie przekraczałam dziennie 1700 kcal. Trzeba przy tym pamiętać, że byłam wtedy w wieku dojrzewania, potrzebowałam energii do nauki, rozwijania się i ćwiczeń fizycznych (ćwiczyłam sporo). W efekcie oprócz spadku wagi otrzymałam również szereg dolegliwości – na potęgę wypadały mi włosy, łamały się paznokcie, przestałam miesiączkować, nie mogłam wytrzymać z zimna, siedziałam wiecznie przyklejona do kaloryfera, miałam depresyjne myśli i problemy z jedzeniem. Odmawiałam sobie tak wielu produktów, że po zjedzeniu choćby kawałka sera poczucie winy nie dawało mi spokoju. 
Wszyscy gratulowali mi nowej sylwetki i cieszyli się moim sukcesem. Zawsze odpowiadałam, że to dzięki zdrowej diecie. Ile było w niej zdrowia – prawie nic. Nauczyłam się jedynie jedzenia warzyw i owoców (których wcześniej nienawidziłam). Oczywiście, odchudzanie skończyłam latem i kilka kilogramów wróciło. Nie mogłam oprzeć się litrowym lodom i owocowym ciastom, za którymi tak bardzo tęskniłam. To nauczyło mnie, że nie każdy zdrowy tryb życia właśnie taki jest. To, co odpowiada jednej osobie, niekoniecznie będzie dobre dla drugiej.


Odchudzanie „na weganie” to temat na zupełnie inny post. Dziś chciałam tylko zaznaczyć jedno – nie istnieje coś takiego, jak krótka dieta. Dieta to to, co w tym momencie wcinasz. Nieważne, czy jest to zdrowe, czy jesz fast foody, a może żywisz się energią słoneczną. To jest właśnie dieta. Nie to, co reklamują w gazetach (poprawnym nazewnictwem byłoby dieta odchudzająca). Zanim więc sięgniesz po magiczne sposoby na zrzucenie oponki (o, to też będzie dobry temat na notkę!) zastanów się, co jest dla Ciebie ważne. Gdybym ja miała dokonać jeszcze raz wyboru, czy zacząć się odchudzać na własną rękę i stracić przy tym tonę pewności siebie i nerwów, to ładnie bym podziękowała za taką opcję i od razu pobiegła do kompetentnego dietetyka. Tu nie ma drogi na skróty. Jeśli chcesz długotrwałych efektów, to nie obędzie się bez zmiany nawyków, potu i odrobiny zdrowego luzu. Zbyt ortodoksyjna (jak niegdyś w moim przypadku) dieta może być tak samo beznadziejna jak ta złożona wyłącznie z parówek. 

Mam więc dla Ciebie dobrą wiadomość – nie musisz przechodzić na dietę! Paradoksalnie, wprowadzenie do żywienia paru zdrowych zasad jest prostsze niż katorżnicza dieta i narażanie się na efekt jojo. Spróbujesz? Przecież nie masz nic do stracenia.

13 komentarzy:

  1. Ja również całe życie się odchudzałam :( , dopiero gdy trafiłam na osobę ,która uświadomiła mi, że nie na tym rzecz polega udało mi się osiągnąć cel czyli dobre samopoczucie i odpowiednią wagę bez większych wyrzeczeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że znalazłaś taką osobę i już czujesz się dobrze. Ja do wszystkiego dochodziłam sama, małymi kroczkami, przez co trwało to latami.

      Usuń
  2. bo to trzeba takie proste rzeczy odkryć. fajne słowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, proste rzeczy chyba są najtrudniejsze do zrozumienia :)

      Usuń
  3. Bardzo mi się ten post podoba. Zgadzam się z Tobą - takie diety to zło ;) Nigdy nie wytrzymałam na żadnej dłużej niż tydzień, bo po prostu za bardzo lubię jeść :) Przestałam więc sobie odmawiać, a zaczęłam się odżywiać racjonalniej - więcej warzyw i owoców, mniej słodyczy. Ale jak mam ochotę na ciasto, to zjem kawałek. Wolę potem poćwiczyć 15 minut dłużej, niż chodzić nieszczęśliwa, że takie dobre dawali, a ja nie zjadłam... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi się podoba Twoje podejście, trzymaj tak dalej! :) Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Ja też jestem zwolenniczką raczej zdrowego stylu żywienia, niż głodówek. korzystam z diety Nykuk. Proste zasady - produkty pełnoziarniste + produkty mało przetworzone + naturalny suplement oczyszczający. Koniec filozofii :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze jest, żeby dobrze się czuć! Ja prowadzę bardzo podobny tryb żywienia :)

      Usuń
  5. Niby proste, słuszne i prawdziwe, jednak wcale nie takie łatwe do przyjęcia, zrozumienia i wprowadzenia. O ile na wegetarianizm łatwo było mi przejść o tyle zrezygnować ze słodyczy czy przejść na weganizm chociaż wiem, że to najlepsza opcja wciąż nie potrafię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja do weganizmu robiłam kilka podejść - na początku było ciężko, bo nie wiedziałam co jeść i jak to wszystko ogarnąć, żeby nie być ciągle na głodzie. Najłatwiej chyba stopniowo wprowadzać wegańskie odpowiedniki i większe porcje. Ale nie traktujmy wegetarianizmu po macoszemu, to też jest fajne rozwiązanie, jeśli źródło pochodzenia nabiału jest Ci znane! A co do słodyczy... to miłość, od której nie da się uciec i ja już zaakceptowałam, że to uczucie zawsze jest nieodwzajemnione ;)

      Usuń
  6. a ja jestem bardzo ciekawa tego jak to zrobić tj przejść na wege żeby to miało ręce i nogi..... kilka razy probowalam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm...ciężko mi by było napisać o tym wszystkim w komentarzu, więc pewnie postaram się stworzyć na ten temat notkę. Chociaż nie wiem, czy uda mi się dobrze to wszystko ująć. Jedno jest pewne - najważniejsza jest motywacja (jak przy wszystkim). Pozdrawiam!

      Usuń
    2. w takim razie czekam, skoro Tobie się udało to czemu mi ma nie wyjść. :)

      Usuń